www.albumwypraw.waw.pl

TENERYFA - WYSPA WULKAN

Wygasły wulkan Pico del Teide o wysokości 3718 metrów skusił nas by udać się na tygodniowy, szybki wypad na Wyspy Kanaryjskie. W języku lokalnym ich nazwa brzmi Islas Canarias. Jest to archipelag, na który składa się siedem dużych wysp: Teneryfa, Hierro, Gomera, La Palma, Gran Canaria, Lanzarote, Fuerteventura i sześć mniejszych niezamieszkałych wysp. Zasiedlili je przybysze z Afryki - jasnowłosi i niebieskoocy - Guanches, którzy ostali się tylko w legendach, ponieważ wymordowali ich Hiszpanie w czasach Konkwisty. Obecnie Wyspy Kanaryjskie są zagłębiem turystycznym, ale największa z nich - Teneryfa, która za sprawą wulkanu Pico del Teide była naszym celem, wydała nam się najbardziej interesująca.

Wiedzieliśmy, że aby wejść na sam wierzchołek Pico del Teide należy posiadać pozwolenie, które można otrzymać bezpłatnie w Santa Cruz w siedzibie Teide Parque Nacional. Z uzyskanych wcześniej informacji dowiedzieliśmy się, że zostało ono wprowadzone ze względu na bardzo dużą ilość osób na wulkanie, głównie wjeżdżających tam koleją linową - Teleférico, z której na sam szczyt prowadzi ścieżka, a właściwie kamienne schody, nawet przy oblodzeniu nie stanowiące większego problemu dla doświadczonych turystów.

Udaliśmy się do Santa Cruz, przebiliśmy się przez paraliżujące to miasto korki, odnaleźliśmy siedzibę i udało nam się zaparkować wypożyczony wcześniej samochód, choć graniczyło to z cudem. Bardzo szybko ciśnienie podniosła mi parkowa urzędniczka o wyjątkowo smutnej twarzy, która szorstko poinformowała nas, że niestety wejście na szczyt powyżej La Rambletty - jest to górna stacja kolejki - jest zamknięte ze względów bezpieczeństwa, ponieważ góra jest oblodzona. Dzień wcześniej zrobiliśmy rekonesans i przy bezchmurnym niebie obejrzeliśmy górę, dowiadując się, że na samym szczycie rano była temperatura -3o Celsjusza. Podsumowując panujące warunki były wyśmienite. Próbowaliśmy przekonać urzędniczkę, że nie zamierzamy wjeżdżać kolejką, ale wchodzić na szczyt od podnóża wulkanu, że mamy odpowiedni sprzęt i doświadczenie wspinaczkowe oraz alpinistyczne udokumentowane ukończeniem kursów w PZA, że dla nas wejście na Pico del Teide nie przedstawia żadnych problemów technicznych, a do śniegu i lodu jesteśmy przyzwyczajeni, bo aktualnie w Polsce jest około 20 stopni zimniej. Niestety pozwolenia nie otrzymaliśmy. Pani poinformowała nas, że najwcześniej na otrzymanie pozwolenia można liczyć pod koniec kwietnia, jeżeli będzie dobra pogoda. W pierwszym odruchu chciałem wejść bez pozwolenia, bo zima na Pico del Teide w porównaniu z warunkami panującymi obecnie nawet na Gubałówce to śmiech, ale po przespaniu się z tą myślą odpuściłem, nie chcąc robić scen forsując szlaban z parkowym strażnikiem, na wysokości prawie 3600 metrów. O dziwo ten komiczny zbieg okoliczności zmusił nas do planu zastępczego, który okazał się naszym zdaniem chyba nawet ciekawszym rozwiązaniem niż wchodzenie na oblegany Pico del Teide. Drugi co do wielkości szczyt Pico Viejo o wysokości 3134 metrów stał się naszym celem.

Wczesnym rankiem mimo chłodu i zachmurzenia ruszyliśmy wypożyczonym samochodem pnąc się w górę serpentynami od poziomu morza, aż do wysokości około 2000 metrów. Po pokonaniu około połowy drogi, pozostawiając chmury poniżej, wjechaliśmy w piękne bory piniowe, a następnie ponad nimi wyjechaliśmy na pola lawowe, a właściwie zastygły krater. W ostrym słońcu oczom naszym ukazał się krajobraz, w którym zieleń łączyła się z szarością i brązem księżycowych, powulkanicznych skał. Wysuszona ziemia, miejscami kaktusy i inna półpustynna roślinność, dziwne kształty skał sprawiły, że czuliśmy się nieswojo. Droga samochodem w górę zajęła nam około godziny i była pełna wrażeń, jakie pozostawił po sobie szybko zmieniający się krajobraz. Powietrze jak to wyżej w górach stało się niezwykle rześkie. Niestety widok cienia wulkanu Pico del Teide to chyba mit, który ma zwabić turystów na archipelag. My widzieliśmy przy pięknej pogodzie niemrawy zarys jednego z ramion trójkąta, jaki miał tworzyć padający na ocean cień Pico del Teide.

Zaraz po tym rozpoczęliśmy wejście na Pico Viejo. Wystartowaliśmy z parkingu przy drodze prowadzącej do Los Gigantes, z wysokości około 2000 metrów. Szlak oznaczony cyfrą 9 był zupełnie pusty i trekking na wulkan sprawił nam dużą frajdę. Dopiero schodząc ze szczytu spotkaliśmy dwójkę Hiszpanów, a dużo niżej jeszcze trójkę. Z początku ścieżka była dość dobrze widoczna, ale po pokonaniu około 2/3 drogi zanikła. Później jeszcze czasami odnajdywaliśmy ślad szlaku po kopczykach, ale w końcowej części jakiekolwiek znaki bytności człowieka zanikły. Podejście po osuwającym się spod butów wulkanicznym piargu nie należy do przyjemności i jest naprawdę wyczerpujące. Strzępy informacji, jaką zdobyliśmy o tej drodze przed wyjściem na Pico Viejo, pozwoliły nam jednak na obranie odpowiedniego kierunku i po czterech godzinach z małym hakiem stanęliśmy nad urwiskiem krateru na wysokości 3134 metrów. Na samym szczycie przeżyliśmy coś niesamowitego. Widok nas tak zaskoczył, że zapomnieliśmy się cieszyć z wejścia na szczyt. Widok Atlantyku i pozostałych wysp był do przewidzenia, ale krater nie. Był tak olbrzymi, że nie sposób było ujrzeć jego dno, a przy tym jego średnica miała około pół kilometra. Potem dowiedzieliśmy się od spotkanych na zejściu Hiszpanów, że Pico del Teide w porównaniu z Pico Viejo ma krater malutki i ich zdaniem najwyższy szczyt Teneryfy jest mniej interesujący od Pico Viejo. Chodząc nad krawędzią krateru cieszyliśmy oczy iście księżycowym widokiem, jakiego wcześniej nigdy nie widzieliśmy, choć byliśmy na wyższych wulkanach, jak choćby pięciotysięczny Demawend w Iranie. Zejście tą samą drogą zajęło nam trzy godziny. Mimo, że ze względów urzędniczych - czytaj idiotycznych - nie weszliśmy na Pico del Teide, po zejściu z Pico Viejo humory nam się poprawiły i wspólnie doszliśmy do wniosku, że dobrze, że tak się stało, bo to naprawdę - tak jak mówili spotkani po drodze Hiszpanie - ciekawszy wulkan.

Około 180 tysięcy lat temu na Oceanie Atlantyckim wznosił się jeden wulkan o wysokości prawie 6 tysięcy metrów. Po gigantycznej eksplozji pozostał z niego krater, który ma obecnie obwód 40 kilometrów i średnicę 14 kilometrów, a na jego terenie wznoszą się Pico Viejo, Pico del Teide i kilkanaście innych pomniejszych nienazwanych wulkanów. W tej pięknej wulkanicznej scenerii można odbywać wycieczki szlakami prowadzonymi pośród nieczynnego olbrzymiego krateru. Wszystkie szlaki są oznaczone cyframi, mają różną długość i nie giną, jak w przypadku wejścia na Pico Viejo. Przy wjeździe do Teide Parque Nacional można w informacji dostać bezpłatną mapkę ze schematami szlaków. Szczególnie godna polecenia jest trasa numer 3. Jest to krótka około godzinna pętla, gdzie po drodze można ujrzeć słynną maczugę skalną i inne iście baśniowe skałki.

Teneryfa posiada prócz Teide Parque Nacional także inne atrakcje, którymi postanowiliśmy się rozkoszować. Marta zawsze marzyła, by na własne oczy zobaczyć wieloryby w oceanie, a wiadomo, że marzenia trzeba starać się spełniać. Popłynęliśmy na jednodniowy rejs statkiem o nazwie Szogun na obserwacje wielorybów. Pomiędzy wyspami Gomera i Teneryfa wody są ciepłe i spokojne, więc wieloryby upodobały sobie to miejsce i ku radości Marty udało nam się je zobaczyć jak dryfowały wśród spokojnych fal oceanu. Podpłynęliśmy do nich bardzo blisko, czasami były niemalże pod samą burtą. Na koniec rejsu podziwialiśmy jeszcze jeden cud Teneryfy od strony oceanu - Los Gigantes - skaliste klify na brzegu Atlantyku. Stojąc pod nimi, trzeba mocno zadrzeć głowę do góry, by zobaczyć ich czubki. Ponad 500 metrowe urwisko prawie pionowo opada do oceanu. Klify to kraniec skalistego masywu Teno, w którym ma także ujście wąwóz Masca.

Do wioski Masca wróciliśmy jeszcze raz, ale tym razem samochodem od strony lądu. O wiosce Masca przeczytaliśmy, że to jeden z ciekawszych zakątków Teneryfy. Dotarliśmy tam krętą, wąską drogą, od strony miasteczka Santiago del Teide. Kto przejechał tą drogą śmiało może powiedzieć, że przeszedł niezłą szkołę jazdy. Najpierw wyprowadziła nas ona na przełęcz, skąd roztaczał się widok na sąsiednią wyspę o nazwie Gomera. Z przełęczy zjechaliśmy do wioski Masca, gdzie jeszcze niespełna 100 lat temu żyli piraci. Dzisiejsza Masca to kilkanaście kamiennych domków krytych pomarańczową dachówką. Jest też placyk i maleńki kościół. Wokół pionowe skalne ściany i wachlarze palm, a w dole ocean. Z Maski można w kilka godzin zejść pieszo, przepiękną stromą ścieżką, aż na brzeg oceanu.

Dalej górską, wąską drogą podążaliśmy na północ wyspy przez miejscowości Las Portelas, El Palmar, Buenavista del Norte do miasteczka Garrachico. Z tarasu widokowego podziwialiśmy jego usytuowanie. Jak na dłoni widać olbrzymią strugę zastygłej lawy, która rozlała się w wyniku erupcji wulkanu na początku XVIII wieku na leżące w dole miasteczko, niszcząc je doszczętnie. Po zastygnięciu lawa utworzyła na oceanie platformę, którą dość szybko zasiedlono.

Bardzo blisko Garrachico, w Icod de los Vinos rośnie szczególna endemiczna odmiana juki. Jest to drzewo smocze, które uznawane jest za symbol Wysp Kanaryjskich. Nikt dokładnie nie wie, ile ma lat. Może tysiąc, a może dwa, ponieważ ten gatunek drzewa nie ma słojów, więc trudno określić jego wiek. Półokrągła korona to imponująca plątanina gałęzi, które nie tyle wyrastają z pnia, ale się nań składają. Kora jest szara i poszarpana. Zielenią się tylko jukowate, podłużne liście na końcach gałęzi. Z pewnością warto je zobaczyć, jako jeden z punktów objazdu po wyspie.

Robert Remisz

jmedina@oapn.mma.es na ten mail należy pisać, by dostać pozwolenie wejścia na Pico del Teide. W załączeniu należy przesłać skan dowodu osobistego. Pozwolenie jest ważne na określony dzień i przedział dwóch godzin. Dziś wysyłasz prośbe a następnego dnia załatwione! Słyszałem że trzeba się z nimi skontaktować 7 dni przed planowanym wejściem.





www.albumwypraw.waw.pl