DEMAWEND
30 kwietnia 2004 przylecieliśmy do stolicy Iranu, olbrzymiego miasta Teheran. Celem wyprawy był najwyższy szczyt tego kraju, wulkan Demawend liczący 5604 m. Po licznych perturbacjach, polegających na wykłócaniu się o każdego dolara czy poszukiwaniu camping gazu, wreszcie udało nam się opuścić Teheran. Ruszyliśmy na północ w kierunku Morza Kaspijskiego do Reyneh, wioski leżącej pod południową ścianą wulkanu Demawend, w górach Elburs. Góry te rozciągają się na obszarze 900 km, okalając od południa Morze Kaspijskie. Demawend jest wyższy o prawie 1000 metrów niż drugi co do wysokości Alam-kuh 4850 m. Wygląda bardzo majestatycznie wśród okalających go niższych szczytów.
Ciężarówką dojechaliśmy do pierwszego schronu na 3057 m. Kolejnego dnia wynieśliśmy depozyt na 4226 m do schronu drugiego i zeszliśmy na noc do pierwszego obozu. Dwa dni potem, po nocy spędzonej w drugim obozie i przeczekiwaniu wietrznej pogody, część z nas wyniosła depozyt na 4870 m, w miejsce zaplanowanego obozu trzeciego. Kolejny dzień był dniem odpoczynku. Następnej nocy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pogoda ustabilizowała się i o czwartej rano rozpoczęliśmy atak szczytowy. W mroźnej scenerii budzącego się dnia, w ciągu dwóch godzin doszliśmy do obozu trzeciego i korzystając z ładnej pogody ruszyliśmy na szczyt. Wraz z pierwszymi promieniami słońca śnieg pod naszymi butami zaczął powoli rozmiękać. Każde kolejne 100 metrów podejścia stawało się coraz bardziej męczące. Droga wiodła zakosami przez ogromne śnieżne zbocze, co sprawiało, że na tym odcinku podejście było monotonne. W partiach podszczytowych wydzielające się gazy wulkaniczne przyprawiły nas o ból głowy i mdłości. Trzeba było jak najszybciej minąć obszar ich erupcji. Do wierzchołka było już blisko, w ciągu kolejnej godziny stanęliśmy na najwyższym szczycie Iranu. Roztaczający się widok wynagrodził trud wejścia.
Teraz czekało nas zejście do obozu pierwszego, powrót do Teheranu, a potem ponad dwudziestogodzinna droga na południe Iranu. Zaczęło się intensywne zwiedzanie. Dalekobieżnym autobusem dotarliśmy do Shiraz, które w przeszłości było jednym z najważniejszych miast średniowiecznego Islamskiego świata. Dziś jest to miasto kultury, z ogrodami, meczetami... Z Shiraz pojechaliśmy w Góry Zagros, leżące na zachodzie kraju wzdłuż granicy z Irakiem. Nie wiedzieć czemu trzymał się nas ciągle żart: To gdzie my w końcu jesteśmy - Irak? Iran? Na początku maja dawał się nam we znaki trzydziestostopniowy upał. Ulgę przyniósł dopiero chłód przepięknych wodospadów Morgoon. Tego samego dnia późnym popołudniem dotarliśmy do początków cywilizacji Persów - ruin Persepolis. Teraz to tylko namiastka dawnej świetności, ale wciąż robią wrażenie. Persja była przecież kolebką kultury i sztuki, jednym z największych antycznych imperiów.
Kolejnym naszym celem stał się Esfahan. Miasto to słynie ze wspaniałych mostów i meczetów. Najbardziej znany to meczet Imama całkowicie pokryty niebieską mozaikową dachówką. Jego minarety sięgają wysokości 48 m. Z tych kilku największych miast Iranu, jakie zobaczyliśmy, Esfahan był najbardziej "przyjaznym". Może dlatego, że włóczyliśmy się po nim późnym wieczorem, paliliśmy sziszę, widzieliśmy ludzi bawiących się na mostach czy skwerach. Pół dnia spędziliśmy na medinie, gubiąc się wśród setek wąskich ulic pełnych sklepów i straganów. Na śniadania jedliśmy pyszną potrawę asz, przyrządzoną z zielonych warzyw podawanych na ciepło z pieczywem. Stanowiła ona, obok soków ze świeżo wyciśniętych owoców, miłą odmianę dla jum-jumów i kaszek, którymi żywiliśmy się w górach. Po miastach poruszaliśmy się tanimi taksówkami, prowadzonymi przez kierowców-wariatów, którzy tak naprawdę w ogóle nie potrafią jeździć. Potrafią za to głośno i bez przerwy trąbić.
13 maja wróciliśmy do stolicy Iranu. Teheran powtórnie nas rozczarował - nie jest ani piękny, ani egzotyczny, za to głośny i brudny. Mamy dość ciągłych pytań kierowanych do nas jak jakaś niekończąca się mantra: Hello mister, where are you from? Dziewczyny też powoli mają dosyć chust na głowach i czadorów, w których musiały chodzić. Humor poprawiała nam jedynie Zam-Zam cola lub Aszi-Maszi, tutejsza fanta. Dzień później opuszczamy Teheran i odlatujemy z Iranu, który okazał się krajem bezpiecznym i spokojnym. Niektórzy z nas, uzależnieni, mają zapasy Zam-Zam coli w plecakach :-)
Robert Remisz
|