KHAN TENGRI - TIEN SZAN
Wyprawa na KHAN TENGRI była organizowana przez Szczeciński Klub Wysokogórski. Celem było zdobycie góry drogą normalną, od północy, przez Pik Czapajewa. Niestety nie była to udana wyprawa. Nikt z naszej siódemki nie stanął na szczycie, choć dwóch wspinaczy Bartek Duda i Robert Wieczkowski byli bardzo blisko celu. Zapraszam na relację tego drugiego.
KHAN TENGRI - opis wyprawy - czyli jest do czego wracać.
Drugi tego dnia helikopter zaskoczył mnie i Zbąsza w czasie kąpieli i generalnego prania. Nie zwracaliśmy jednak na niego specjalnej uwagi sądząc, że zwoził z gór kolejną grupę alpinistów. Dopiero krzyk Ilony: "Rosjanie mówią, że mamy lecieć", wywołał u nas poruszenie.
- Jak to, przecież lecieć mamy dopiero jutro? Nikt z kierownictwa bazy przerzutowej nie pofatygował się aby nam oznajmić, że jest inaczej i teraz mamy zwinąć obóz w 10 minut? Na domiar złego jest nas tylko czwórka, gdyż reszta zeszła do najbliższej wioski po chleb... Nie, nie ma mowy - nie lecimy.
Spokojnie udajemy się do obozu gotowi bronić swoich racji i wpadamy w prawdziwą burzę. Kilka osób próbuje przekrzyczeć terkoczący nieopodal śmigłowiec i siebie nawzajem.
Kierownik bazy (widzę go wtedy po raz pierwszy z bliska - jednak w końcu przyszedł) twierdzi, że musimy dzisiaj lecieć. Popierają go "spadli" wcześniejszym kursem z bazy pod Khan Tengri Polacy.
- Nie wiadomo kiedy śmigło poleci następny raz, lećcie skoro jest okazja. My czekaliśmy na kurs na lodowiec pięć dni. Wytłumaczymy waszym kolegom sytuację.
- Dobra - macham ręką i zwracam się do kierownika bazy Akkol - tylko dajcie nam 10-15 minut czasu.
Na dole zostawiamy namiot, trzy śpiwory i trochę jedzenia, a resztę na łapu-capu ładujemy w plecaki i wory transportowe. Dzięki poznanym godzinę wcześniej Polakom udaje się nam zmieścić w czasie... Dwudziestominutowy lot na Inylczek Północny przenosi nas w całkiem inny świat. Żegnaj zieleni!
Droga do jedynki jest przede wszystkim monotonna. Zanim cokolwiek zacznie się dziać, trzeba w poprzek przejść lodowiec, pokryty na tej wysokości szarym żwirem, spod którego tylko gdzieniegdzie wystają fragmenty żywego lodu, a następnie wbić się w jednostajnie wznoszące się do góry śnieżne pola. "Wspinaczka" na tym odcinku, to mozolne mielenie nogami w mokrym, sięgającym połowy łydki, śniegu. Dziać zaczyna się dopiero na poręczówkach założonych bezpośrednio przed obozem pierwszym. Owo "dzianie się" nie jest bynajmniej spowodowane nadzwyczajnymi trudnościami, a sporą liczbą osób schodzących z góry, z których lwia część nie potrafi posługiwać się przyrządami zjazdowymi. Czary goryczy dopełnia drobiący kroczki twarzą do ściany, z liną między nogami i wbijający co dwa kroki po głowicę w śnieg czekan, obwieszony sprzętem jak choinka Litwin. Ósemka oczywiście obija mu się bezużytecznie o udo.
- Skoro nie umiesz posługiwać się ósemką, czy założyć Baumgartnera, to po co nakupowałeś sobie tyle sprzętu? - pytam zdenerwowany przedłużającym się oczekiwaniem na możliwość ruchu w górę. W końcu dajemy za wygraną i obchodzimy poręczówki bokiem. To tylko 50 metrów.
Khan Tengri stał się w ostatnich latach bardzo popularnym szczytem. Słusznie, bo to piękna góra. Niestety wiadomość, że na sporych odcinkach drogi został oporęczowany sprawiła, że wielu osobom wydaje się iż Khan Tengri automatycznie stał się łatwą górą i w związku z tym będzie można tanim kosztem zdobyć siedmiotysięcznik. Efekt jest taki, że bardzo często swych sił w walce z trudnościami góry próbują ludzie zupełnie do tego nieprzygotowani. "Sporo tu ludzi, którzy w ogóle nie powinni się tutaj znaleźć" - taka konkluzja często przewija się w czasie rozmów z innymi wspinaczami.
Najtrudniejszy fragment drogi między bazą a jedynką, jest standardem w czasie dojścia do dwójki. Droga opuszcza bowiem otwarty stok i biegnie stromą granią. Praktycznie pomiędzy 4800 (obóz I) a 5600 (obóz II) nie ma ani jednego miejsca, gdzie można wygodnie usiąść. Śnieżna grań przetykana jest od czasu do czasu pasami skał, z których dwa mogą sprawić sporo trudności. Co prawda nie jest to nawet czwórka, jednak spora wysokość i ciężki plecak na grzbiecie sprawiają, że trzeba trochę się nakombinować, by je pokonać. Który z owych pasów jest trudniejszy? Bartek i ja uważamy, że pierwszy, znajdujący się mniej więcej w połowie drogi między jedynką a dwójką, Tomek zaś, że drugi wyprowadzający wprost na plateau, na którym znajduje się dwójka. Ale cóż on walczył w tamtym miejscu godzinę i czterdzieści minut...
Jeszcze kilka sezonów temu droga do trójki omijała wierzchołek liczącego 6125 metrów Pik Czapajewa, trawersując północne zbocza jego kopuły szczytowej. Ostatnio jednak zarzucono taki przebieg drogi z uwagi na sporą ilość wypadków na trawersie. Zamiast tego wytyczono wariant wiodący z dwójki wprost na szczyt Pik Czapajewa i jest to zdecydowanie najtrudniejszy fragment na całej drodze. Znowu do czynienia mamy ze stromym lodem przetykanym pasmami skał, z tym że i lód i skały są bardziej wytężające niż dzień wcześniej. Pierwsza skalna bariera wznosząca się nad dwójką dla wielu zespołów okazuje się zresztą przeszkodą nie do pokonania... Dalej jest już trochę łatwiej niemniej jednak ponownie spotykamy się z sytuacją, że najtrudniejsze fragmenty z dnia poprzedniego tutaj nie byłyby niczym nadzwyczajnym. Taki jest Khan Tengri - im wyżej tym trudniej...
Na Czapajewie można trochę odsapnąć i porozglądać się w koło. Wreszcie odsłania się widok na południową stronę gór, do tej pory zasłaniany przez Khan Tengri i Pik Czapajewa. Zdumiewa przede wszystkim wysunięty na pierwszy plan masyw Pobieda (7439 m). Ogromny, kilkukilometrowej długości lodowy mur znaczony wielkimi nawisami śnieżnymi zdradza wielkie trudności na drodze. Że nie jest to złudne wrażenie świadczy fakt, że od trzech lat, mimo tego iż rokrocznie próbuje zdobyć go kilkadziesiąt osób, nikt nie stanął na jego wierzchołku... Również i w tym roku wiadomości, jakie za pośrednictwem bazowej radiostacji docierają do nas spod Pobieda, nie napawają optymizmem.
Z Czapajewa czeka nas wygodny spacerek niemalże z rękami w kieszeniach na znajdującą się 200 metrów poniżej przełęcz. Tu umiejscowiony jest wspólny dla północnej i południowej drogi obóz trzeci. I o ile my, aby się znaleźć w tym miejscu musieliśmy się sporo napocić, o tyle droga do trójki od południa wygląda na łatwą i przyjemną. Tyle że cholernie długą. Biegnie po prostu cały czas dnem doliny, wznosząc się monotonnie i niespecjalnie stromo do góry.
Na przełęczy koniec z zabawą. Znaleźliśmy się tu bez namiotów licząc na nocleg w którejś z kilku znajdujących się tu jaskiń lodowych. Ich znalezienie na szerokiej śnieżnej płaszczyźnie wcale do łatwych nie należy, a trzeba się jeszcze spieszyć gdyż z dołu podchodzą naładowane śniegiem chmury. W końcu są - ładujemy się do obszernej, choć niskiej jamy nie wiedząc jeszcze, że w oczekiwaniu na poprawę pogody, dane nam będzie spędzić w niej najbliższe trzy dni.
Wysłany o trzeciej nad ranem na zewnątrz Zbąsz wraca z wiadomością, że z dzisiejszego wyjścia nici. Podobnie rzecz wygląda o 4.30 i 6.00. No cóż, trzeba pogodzić się ze świadomością, że przegraliśmy swoją szansę. Pogoda nie daje nam szans na jakikolwiek ruch w górę, więc trzeba zacząć się martwić o zejście - pojutrze przylatuje po nas helikopter...
- Chłopaki, wypogadza się, a na grani nad nami widać jakichś ludzi idących do góry - wiadomość Zbąsza nas elektryzuje. Rzut oka na zegarek: 7.15. Cholera późno ale... ale jest jeszcze szansa!
Nie da się niestety przeskoczyć pewnych rzeczy. Gotowanie śniadania, z konieczności (czas!) skromnego, napełnianie termosów herbatą i ubieranie się zajmuje nam ponad godzinę. Gdy wąskim tunelem wypełzam przed jaskinię jest już po wpół do dziewiątej - późno! Z pogody, przed godziną rokującej nadzieję na poprawę, nie zostało już ani śladu. Przez przełęcz przewalają się kłęby chmur, świszczy porywisty wiatr. Jedyną pociechą jest fakt, że w odróżnieniu od dni poprzednich, śnieg pada jakby słabiej...
- Dobra, idziemy.
Czynimy to chyba bardziej dla uspokojenia własnego sumienia, niż z przekonania. Mamy diabelnie mało czasu, a na domiar złego, już pierwsze kroki uświadamiają nam, że "miodu nie będzie". Po pierwsze we mgle trudno się zorientować jak biegnie droga. Póki co dochodzimy do skalnego żebra zaczynającego drogę (powoli brnąc w świeżym opadzie) i stajemy bezradnie. Po przejściu naszych poprzedników nie zostało śladu, korytarz wyżłobiony przez nas w śniegu zapewne również wkrótce zniknie i możemy mieć kłopoty ze znalezieniem jam. Co robić?
- Póki nie zejdą ci nad nami można próbować - konkludujemy z Bartkiem i bardziej na czuja lawirujemy między skałami kierując się w górę i w prawo skos. Kilkanaście minut później odłącza się od nas Zbąsz mówiąc, że takie warunki nadają się do wszystkiego, tylko nie na atak szczytowy. Właściwie to ma rację, lecz my... próbujemy.
Rozdzielamy się, a pół godziny później wychodzimy w słońce! Pod nami kłębowisko szarej mgły, nad nami błękitne niebo. W górę!
Koniec kłopotów z orientacją, w razie wątpliwości pomogą nam zresztą poręczówki, które chwilę wcześniej się zaczęły. Pomni na przygodę Hiszpana, który kilka dni wcześniej spadł z zerwaną poręczówką i doznał otwartego złamania nogi, staramy się ich nie używać. Niemniej jednak wpinamy się w nie gdyż ekspozycja jest naprawdę potężna.
Na wysokości ok. 6400 znajduje się miejsce przygotowane na ewentualne rozbicie kilku namiotów. Tworzą je dwie kamienne platformy, na 1-2 namioty każda, oddalone od siebie jedną długością poręczówki. Na wyższej z nich wmurowanych jest w skałę kilka tablic poświęconych tym, dla których Khan Tengri okazał się ostatnim szczytem. Najświeższa z tablic z sierpnia zeszłego roku... Siadamy tu na odpoczynek i przebieramy się, gdyż zrobiło się nam za... ciepło. Z optymizmem patrzymy w najbliższą przyszłość - niech tylko pogoda wytrzyma! Cóż z tego, że schodzący z góry zrezygnowany (Amerykanin?) wspinacz mówi, że za ciężko, za daleko?
Cały czas wytężające skały, gdy te się kończą zastępują je lodowe fragmenty, które trzeba pokonywać na dziabach i przednich zębach raków. Stromy kuluar między dwiema wybitnymi turniami jest ostatnią poważną przeszkodą. Wzmagający się wiatr zwiewa z góry pyłówki. Kuluar pokonuje się lewą stroną i u samego szczytu skręca w prawo na grań. Za skałką zamykającą żleb od góry zaczynają się łatwe pola śnieżne wyprowadzające na szczyt. Koniec trudności ale wiemy, że do wierzchołka jeszcze jakieś 1,5-2 godziny. Bartek kręci głową.
- Pogoda znowu się psuje, jeśli pójdziemy do góry, nie zdążymy przed nocą.
- I tak nie zdążymy. - oponuję - Po poręczówkach można przecież iść i w nocy, a czy do ich końca dojdziemy w godzinę czy trzy po zapadnięciu zmroku jest bez znaczenia.
Obaj wiemy, że problemy zaczną się poniżej. Przez cały dzień widzieliśmy, że na przełęczy utrzymywała się fatalna pogoda. Ślady od dawna są już zasypane i odnalezienie naszej jamy wcale nie jest takie pewne.
- Pamiętaj, że jutro musimy jeszcze zejść do bazy. Trzeba mieć na to siły - dodaje Bartek.
Ma rację. Z ciężkim sercem rozpoczynam zejście. Właśnie zejście, a nie zjazdy. Bez obawy zjeżdżam tylko na poręczówkach w kuluarze. Leżą w śniegu i wyglądają na nieuszkodzone. Większość lin pociągniętych po skałach pękłaby pod większym obciążeniem. Zwieszają się z nich jakieś strzępy, farfocle. Każdą linę oglądam dokładnie nim zdecyduję się na zjazd. Z większości jednak rezygnuję. Bartek, który widocznie ma mniej oporów schodzi zdecydowanie szybciej. Zmrok dopada nas na ostatniej czy też przedostatniej poręczówce. Do obozu jest stąd zaledwie kilkanaście minut marszu, ale rzeczywiście śladów ani dudu. Na domiar złego pogoda zupełnie już siadła , śnieg i mgła sprawiają, że widać zaledwie na kilka metrów. Drobinki mgły rozpraszają zresztą światło w ten sposób, że w ogóle nic nie widać. Lepiej już iść ze zgaszonymi latarkami. Wydaje się, że widać wtedy trochę więcej.
Wiemy, że dalsza droga odbija ze skał w lewo. W którym jednak miejscu. Stoimy na szczycie jakichś skał, które przed nami urywają się urwiskiem ginącym gdzieś w ciemności. Skręcamy w lewo, ale czy idziemy teraz główną granią, czy też którymś z licznych odchodzących odeń żeber? Z każdym krokiem narasta w nas podejrzenie, że zeszliśmy na stronę kirgiską, a z tym świadomość, że zabłądziliśmy. Od pewnego czasu posuwamy się w dół brnąc po kolana w mokrym śniegu. Jak długo tak można? Jeśli schodzimy na stronę kirgiską, to zamiast na przełęcz, możemy zejść aż na dno doliny którą wiedzie droga na pik od południa... Decydujemy, że schodzić będziemy tylko do wysokości 5800. Według wskazań bartkowego altimetru, z takiej właśnie wysokości zaczynaliśmy dzisiejszy atak. W pewnym momencie wydaje się nam, że nad nami majaczą wejścia do jaskiń, ale gdy podchodzę to sprawdzić okazuję się że to zwykłe skały. Złudna nadzieja, samemu trzeba będzie wykopać sobie jamę. Wysokość 5800 - przynajmniej rankiem nie trzeba będzie podchodzić do góry...
Kopanie śnieżnej jamy ma kilka zalet - można się przy tym rozgrzać i z reguły długo trwa. Nasza jama była mała, więc skończyliśmy ją o drugiej. Właściwie to nie jama, a płytkie zagłębienie, w którym ledwie można usiąść. Najważniejsze jednak jest to, że po przykryciu naszego lokum płachtą NRC osłonięci jesteśmy od wiatru. Do świtu zostały tylko cztery godziny. Ubrani we wszystko co mieliśmy, przeczekaliśmy ten czas dręczeni przede wszystkim jedną myślą: "A co będzie, gdy rano mgła nie opadnie?" Opadła na tyle, że bladym świtem byliśmy w stanie dostrzec naszą przełęcz. Była na tej samej co i my wysokości oddalona od nas o około półtorej kilometra. O półtorej kilometra cholernego trawersu w kopnym śniegu sięgającym tym razem po uda... W obozie byliśmy o ósmej a trzy godziny później zaczęliśmy zejście...
Robert Wieczkowski, "Trawers" Biuletyn - Szczeciński Klub Wysokogórski - VI-XII 2002
|