www.albumwypraw.waw.pl

BAŁKANY

Bałkany są jak filmy jednego z najsłynniejszych tamtejszych reżyserów, Emira Kusturicy - albo się je kocha, albo nienawidzi. W pamięci zostanie Chorwacja, a zwłaszcza: Dubrownik, Trogir, Sibenik, Split oraz rzeka Krka, natomiast Bośnia kojarzyć się będzie z muzułmańskim miastem Mostar, serskim miastem Banja Luka oraz rzeką Vrbas.

Ruszyliśmy z Warszawy 19-letnią Renówką 5 mojego brata. Podróżowaliśmy we dwójkę. Przyjemnie i tak jakoś swojsko jechało nam się przez Słowację. Pierwszy powiew obcych stron poczuliśmy dopiero na Węgrzech. Napisów dużo, ale żaden nie do przeczytania - ani nie przesylabizujesz, ani nie zrozumiesz, nie ma szans, aby się choćby domyśleć, o co chodzi. Chcieliśmy bokiem ominąć stolicę Węgier, ale niestety pobłądziliśmy. Korek na przedmieściach Budapesztu był koszmarny. Sznury samochodów stały nieruchomo w gęstym upale, od którego topiliśmy się jak lody na patyku. W południe zrobiliśmy dłuższy postój nad jeziorem Balaton. Kąpiel w jeziorze schłodziła nas i mogliśmy jechać dalej idealną równiną, między ciągnącymi się po horyzont polami kukurydzy i słoneczników.

Zaraz za miatem Barcs przekroczyliśmy granicę na rzece Drava i wjechaliśmy do Chorwacji. Teren za miastem Vitrovitica pofałdował się, po czym dość szybko pojawił się typowo górski krajobraz. Mijaliśmy miasteczka i wioski, gdzie przed domami stały leciwie Dacie, Skody i Yuga. Czasami tylko widzieliśmy ślady odchodzącej w przeszłość wojny, ale drogi, co było zaskoczeniem, były w idealnym stanie. Minęliśmy Pakrac i w Bosanskiej Gradisce, przekraczając rzekę Savę, wjechaliśmy do Bośni. Zaskoczenie!!! Wojna skończyła się 6 lat wcześniej, a i tu drogi lepsze niż w naszym kraju. Ludzie, choć panuje olbrzymie bezrobocie, są uśmiechnięci, gościnni i serdeczni. Zupełnie zaskakuje fakt, że nie ma złodziejstwa, do którego jesteśmy tak przyzwyczajeni, a większość samochodów, nawet tych lepszych, jest pozostawiona otwarta. Sprzedawcy na noc nie chowają do środka towaru, a mimo to nic nie ginie!!! Robi mi się przykro, że przyjechałem z krainy, gdzie wystarczy, że się zagapisz, zapomnisz zamknąć na klucz, a już okradną.

W stolicy serbskiej części Bośni w mieście Banja Luka odpoczywaliśmy u znajomych mojego brata, po czym ruszyliśmy w górę doliny rzeki Vrbas. Dołem płynęła rzeka, a jej brzegiem po zboczu biegła droga, raz po raz biorąc szerokie łuki na zakrętach. Krajobraz taki towarzyszył nam do miasta Jajce, w którym warto się zatrzymać, aby obejrzeć wielki wodospad praktycznie w centrum miasta. W drodze nad Adriatyk mijaliśmy wiele zrujnowanych domów o burych ścianach, z popękaną, brunatną dachówką. Część z nich z widocznymi śladami po wojnie była opuszczona, ale mieszkańcy Bośni wierzą w trwałość pokoju na Bałkanach, gdyż przy trasach powstaje mnóstwo nowych domów. Ten kontrast bardzo rzuca się w oczy.

O zachodzie słońca dojechaliśmy nad Adriatyk w okolice Splitu. Tam morze jest gorące, a wino dobre. Następnego dnia zwiedziliśmy przepiękne miasteczko portowe Trogir. Białe domki, wąziutkie uliczki, dachy kryte czerwoną dachówką, kwitnące krzewy i palmy rosnące przed domami… To zasługa głównie pieniędzy, które zostawiają tutaj wczasowicze, a zwłaszcza miłośnicy żeglowania. Kolejnym naszym celem był Park Narodowy rzeki Krky, który został założony w 1985 roku w celach naukowych, kulturalnych, edukacyjnych i rekreacyjnych. Wstęp do parku kosztuje 24 kuny, a wraz z biletem można dostać ulotkę informacyjną po polsku, trzeba jednak o nią poprosić. Park obejmuje dolny bieg rzeki Krka, aż do jej ujścia do Morza Adriatyckiego. W parku znajduje się kilka wodospadów. Główną atrakcją jest wielopoziomowy, składający się z 17 kaskad, wodospad Skradinski, który ma łącznie 46 metrów wysokości. Pod wodospadem jest wydzielona plaża, gdzie w rzece Krka dozwolona jest kąpiel. Na wyspie Visovac znajdującej się w parku został wybudowany kościół i klasztor franciszkanów. By tam się dostać, konieczna jest podróż statkiem z przystani, która znajduje się niedaleko wodospadu Skradinskiego.

Z parku udaliśmy się do miasta Sibenik, którego historia sięga XI wieku. Jest jednym z pierwszych słowiańskich miast na Morzem Adriatyckim. Domy w centrum miasta i na pięknej starówce zbudowane zostały z białego surowca. Znajduje się tam między innymi gotycko – renesansowa katedra św. Jakuba, arcydzieło chorwackiego budownictwa. Natomiast nad Šibenikiem góruje twierdza św. Anny, skąd rozpościera się piękna panorama na miasto, port i na Adriatyk.

Z Sibenika pojechaliśmy Wybrzeżem Dalmatyńskim do Dubrownika. Upał tak nam doskwierał, że postanowiliśmy zatrzymać się i na dzikiej plaży poczekać do wieczora, aż żar bijący z nieba osłabnie. Plaża była bardzo malownicza i kolorowa, woda krystalicznie czysta, plażowiczów kilku, żadnych barów i wrzaskliwej muzyki. Czerwień kamyków, czerń skał, turkus morza, błękit nieba i zieleń sosen rosnących tuż przy plaży - to wszystko naraz sprawiło, że postanowiliśmy rozbić się na dziko i pozostać do dnia następnego.

Tak się zachwyciłem Trogirem, że Dubrownik w pierwszej chwili odebrałem jako powtórkę z rozrywki. No tak, bluźnię straszliwie, bo to naprawdę piękne miasto, ale na mnie nie zrobiło takiego wrażenia jak Trogir. W Dubrowniku można współczuć mieszkańcom starego miasta. Przewalają się tam tłumy turystów, i albo się przyzwyczaisz, albo zwariujesz. Turyści wchodzą wszędzie, nawet na prywatne schody domów, bo tam akurat jest ładne tło do pamiątkowego zdjęcia. Sfotografują czyjeś prześcieradła i bieliznę suszące się na słońcu, dotykają rośliny na podwórku, czy aby nie sztuczne i będą wsadzać nosy w kwitnące krzewy, sprawdzając czy pachną.

W drodze z Dubrownika przekraczaliśmy granicę Chorwacji z Bośnią, a wygląda ona następująco: na drodze z wąskim poboczem, nad urwiskiem, stoi kilka kontenerów, w których urzędują celnicy. Szlaban jest zardzewiały, pogięty i trzeba go ręcznie podnieść, podtrzymując ramieniem żeby nie spadł na przejeżdżający pod nim samochód i również ręcznie opuścić. Wygląda to trochę tak, jakby za parę dni mieli wziąć te swoje kontenery i przenieść w dowolnie wybrane, inne miejsce.

Na koniec pozostał nam łakomy kąsek, czyli przepiękne muzułmańskie miasto w Europie - Mostar. Spacer zajął nam jakieś dwie godziny, obeszliśmy miasto dość dokładnie, napatrzyliśmy się na urocze zaułki i meczety. Mój brat na dobre ugrzązł w sklepach z pamiątkami i wydał trochę pieniędzy na gadżety. Natomiast ja, patrząc na to piękne i okaleczone wojną miasto, nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak bardzo polityków i wojskowych bawi niszczenie i zabijanie.

Wracaliśmy z Bośni przez Węgry i Słowację. Krajobrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Najpierw jechaliśmy przez wysokie, skaliste góry, tylko gdzieniegdzie porośnięte zielenią. Potem góry złagodniały, zrobiły się bardzo zielone, a na ich zboczach ujrzeliśmy pasące się krowy i owce. Kwitł handel przydrożny: na poboczach stały przyczepy wypełnione arbuzami, melonami... Na Węgrzech wyjechaliśmy na równinę pełną słoneczników, która ciągnęła się aż do Budapesztu. Nocą przemknęliśmy przez puste ulice w kierunku granicy ze Słowacją. W południe byliśmy w Warszawie.

Robert Remisz

www.albumwypraw.waw.pl