www.albumwypraw.waw.pl

GROSSVENEDIGER

W ubiegłym roku patrząc na północ z najwyższego szczytu masywu Marmolady, zawiesiłem na dłużej wzrok na lodowej kopule szczytu Grossvenediger. Popularnością nie dorównuje wyższemu sąsiadowi, bo Grossglockner to najwyższy szczyt Austrii, ale otaczające go potężne jak na wschodnie Alpy lodowce, czynią z niego łakomy kąsek. Widząc gdzieś w dali, prawie na horyzoncie Grossvenediger poczułem, że stał się on mym lodowym obiektem pożądania. Wiedziałem, że wejście na Grossvenediger nie będzie technicznie trudne, a cała radość w zdobyciu tego szczytu polegać będzie na niesamowitych widokach, jakie się z niego rozciągają. Dlatego, aby nie zepsuć sobie frajdy ze zdobycia tej góry, musiałem na nią wchodzić przy ładnej pogodzie i dobrej widoczności.

Razem z Martą śledziliśmy informacje o pogodzie w rejonie Grossvenedigera. Stronę internetową odpalaliśmy kilka razy dziennie. Podjęliśmy decyzję, że jeżeli w okolicach 10 czerwca pogoda ustabilizuje się, to ruszamy w Wysokie Taury. Jazda samochodem zajęła nam 16 godzin, ale dzięki temu, że wyjechaliśmy o 3 w nocy, to jeszcze tego samego dnia byliśmy w górskiej osadzie Hinterbichl.

Dlaczego wybraliśmy trudniejszy wariant wejścia południową stroną, a nie najpopularniejszą trasę wschodnią, krótszą i pokonującą mniejsze przewyższenia? Odpowiedź jest prosta, ponieważ chcieliśmy w samotności poznać smak wejścia na tą górę i liczyliśmy na to, że po długiej zimie schroniska z tej strony nie będą jeszcze czynne.

Informacje, jakie zebraliśmy w górskiej osadzie Hinterbichl potwierdziły nasze przypuszczenia. Dwa schroniska, jakie mieliśmy na naszej trasie były nieczynne. Położone na wysokości 2121 metrów Johanneshutte w całości było zamknięte, natomiast usadowione wyżej schronisko Defreggerhutte na wysokości 2962 metrów miało otwarty winter room.

Następnego dnia rano opuściliśmy camping i podjechaliśmy na położony na wysokości prawie 1400 metrów nad skrajem wioski parking. Zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy z ciężkimi worami do góry. W plecakach mieliśmy właściwie wszystko, co potrzebne do samotnej akcji górskiej, prócz namiotu. Tego dnia czekało nas 1650 metrów podejścia z nad wioski Hinterbichl do schroniska Defreggerhutte. Pierwsza część trasy prowadziła gruntową drogą dnem głębokiej, zalesionej doliny Dorfertal do schroniska Johanneshutte. Kiedy pokonaliśmy prawie 600 metrów przewyższenia, las skończył się i ponad skalnym progiem dolina poszerzyła się, wyraźnie zmieniając swój charakter. Zieleń ustąpiła miejsca skałom i oślepiającym w popołudniowym słońcu lodowcom. Dojście do Johanneshutte zajęło nam niecałe 3 godziny i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w górę. Powyżej Johanneshutte ścieżka zrobiła się węższa i bardziej stroma. Teraz dopiero zaczął się wysokogórski szlak. Zaraz za schroniskiem przeszliśmy pierwsze pole śnieżne, a około 200 metrów wyżej ścieżka zniknęła pod mokrym śniegiem. Bardzo szybko na tyle dużo go przybyło, że zaczęliśmy się zapadać, a słońce zdecydowanie dokuczało. Jednak to, na czym nam zależało, czyli widoki, zwłaszcza na górną część doliny Dorfertal były oszałamiające. Dwa szczyty Grossvenediger 3674 metrów i Hohes Ader 3504 metrów górowały nad tą przepiękną doliną, a z ich zboczy w stronę dna opadały lodospady. Kilkakrotnie przechodziliśmy tuż obok nor świstaków, których całe rodziny zamieszkują ten teren. Udało się nam też zobaczyć kozice, lecz one w przeciwieństwie do świstaków natychmiast uciekały. Konieczność przecierania szlaku skutecznie nas spowolniła. Torowanie w śniegu spowodowało, że dojście do schroniska Defreggerhutte zajęło nam 5 godzin. Sama końcówka szlaku idąca długim trawersem po zboczu opadającym na wschód z postrzępionej skalnej grani na tyle nam się dała we znaki, że odcinek 300 metrów pokonywaliśmy prawie godzinę, zapadając się przy tym głęboko w śnieg. Cieszył jedynie fakt, że przetarty przez nas szlak przyczyni się do szybkiego zejścia. Dotarliśmy do winter room'u schroniska, który mieści się w mniejszym budynku obok. W środku okazało się natychmiast, że mogliśmy sobie spokojnie darować wynoszenie do góry śpiworów, kuchenki, menażki, kubków i sztućcy. Schron był bardzo dobrze zaopatrzony. Dwanaście pryczy z kompletami materacy i kocy oraz poduszkami, piec, olbrzymi zapas drewna i siekiera. Nikt poza nami tego dnia oraz następnego tu nie dotarł.

Wejście na Grossvenediger rozpoczęliśmy o świcie. Noc była mroźna, dzięki czemu nie zapadaliśmy się, a zęby raków idealnie haczyły lód. Szło nam się prawie jak po betonie, zwłaszcza po grani Mulwitz Aderl, którą prowadzi pierwsza część podejścia. Zaraz po niej skręciliśmy w lewo kierując się na zachód i długim trawersem nieznacznie podchodziliśmy w stronę drugiego, znacznie dłuższego podejścia, które z oddali wyglądało jak wielki garb. W efekcie wyprowadziło nas ono na przełęcz Reinertorl 3422 metry, rozciągającą się pomiędzy szczytami Hohes Ader 3504 metrów i Rainer Horn 3464 metrów. Od momentu wyjścia ze schroniska minęły prawie 3 godziny nim dotarliśmy do przełęczy, a w miarę jak podchodziliśmy, widoki robiły się coraz bardziej niesamowite. Odcinek ten można pokonać znacznie szybciej, ale rozległe alpejskie panoramy zachwycały do tego stopnia, że trudno było rozstać się z aparatem fotograficznym. Dawno nie zrobiłem tylu zdjęć, a pogoda i widoczność były tego dnia po prostu wspaniałe. Błękitne, bezchmurne niebo, a w powietrzu ani śladu mgiełki. Ostatni odcinek trasy wejściowej na Grossvenediger wymusił na nas pokonanie trzeciego, licząc od schroniska, ostatniego wielkiego garba. Te dość strome zbocze wyprowadziło nas na kopułę podszczytową, a podchodziliśmy nim od lewej strony, jednocześnie pamiętając, że z prawej strony czyhają spore nawisy. Dojście do głównego wierzchołka wymagało jeszcze pokonania krótkiej, nieznacznie eksponowanej grańki. Po jej ostrzu weszliśmy prosto na szczyt, na którym góruje duży krzyż.

Panorama rozciągająca się ze szczytu Grossvenediger jest uważana za najpiękniejszą w Austrii. Patrząc na wschód widzimy Grossglockner, na południu Dolomity z Tre Cime di Lavaredo i masywem Marmolady, natomiast na północnym zachodzie najwyższy szczyt Niemiec – Zugspitze.

Kolejnym naszym celem tego dnia był sąsiedni szczyt Hohes Ader 3504 metrów. Podążając granią na południowy wschód po niecałej godzinie cieszyliśmy się z wejścia na kolejny trzytysięcznik. Słońce zdążyło roztopić wierzchnią warstwę lodowca, co skutecznie utrudniało nam poruszanie się. W zejściu ze szczytu Grossvenediger było jeszcze znośnie, natomiast wejście z niewielkiej przełączki na szczyt nie należało do przyjemności. Z każdym krokiem zapadaliśmy się prawie po kolana.

Ponieważ słońce stało w zenicie i prażyło niemiłosiernie, co w Alpach oznacza zagrożenie nie tylko ze strony lawin, ale i spadających kamieni, postanowiliśmy schodzić do schroniska Defreggerhutte. Z Hohes Ader zeszliśmy do naszych śladów, które wydeptaliśmy podchodząc na Grossvenediger i w palącym słońcu ruszyliśmy w drogę powrotną. Schodziliśmy dość szybko, bo żar lejący się z nieba męczył nas coraz bardziej, a nasze organizmy domagały się płynu. Resztę herbaty z termosu wypiliśmy na trawersie, który dłużył się nam trochę i po niecałych dwóch godzinach od wejścia na Hohes Ader dotarliśmy do schroniska.

Postanowiliśmy, że spędzimy na prawie 3000 metrów kolejną noc. Zaważyła na tym upalna pogoda. Nie mieliśmy ochoty z pełnymi plecakami schodzić w dół jeszcze ponad półtora kilometra. Zniechęcała nas perspektywa tonięcia w rozmiękłym śniegu. Wieczór był piękny za sprawą czystego nieba i zachodzącego słońca. Niestety noc nie należała już do przyjemności. Intensywne słońce, na które byliśmy bez przerwy narażeni przy ataku szczytowym, odbiło się zbyt intensywną opalenizną twarzy i bólami głowy. Spaliśmy źle.

Rankiem ruszyliśmy w dół. Początkowo szło się w miarę dobrze, ale im niżej byliśmy tym bardziej zapadaliśmy się w śnieg. Słońce prażyło jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia. Zejście do schroniska Johanneshutte mimo to poszło nam dość szybko, a stało się tak dlatego, ponieważ zaczęliśmy podświadomie uciekać przed promieniami słonecznymi. W samo południe doszliśmy do parkingu, na którym zostawiliśmy samochód.

Nasza krótka alpejska ekspedycja dobiegła końca. Mieliśmy szczęście, bo przez czas, jaki spędziliśmy w górach zetknęliśmy się tylko z trójką narciarzy na szczycie Grossvenedigera, którzy dotarli najprostszą trasą wschodnią. Dzięki temu mieliśmy możliwość w dwójkowym zespole zdobyć szczyt od strony, z której droga nie była przetarta. Miejscami widać było jedynie stare ślady narciarzy. Dzięki tym okolicznościom nasz plan spełnił się w stu procentach, co dostarczyło nam niezapomnianych przeżyć.

Robert Remisz

www.albumwypraw.waw.pl