www.albumwypraw.waw.pl

MONTE ROSA

Największy masyw w Alpach, jakim jest Monte Rosa, stał się Marty i moim celem. Ustępuje on wysokością tylko najwyższej alpejskiej górze Mont Blanc. Masyw jest naprawdę ogromny, posiada aż dziesięć wierzchołków czterotysięcznych: Dufourspitze 4634 m, Nordend 4609 m, Zumsteinspitze 4563 m, Signalkuppe 4556 m, Parrotspitze 4436 m, Ludwigshohe 4341 m, Corno Nero 4322 m, Balmenhorn 4167 m, Piramide Vincent 4215 m, Punta Giordani 4046 m.

Z Warszawy przez Niemcy i Szwajcarię dotarliśmy do miejscowości Alagna w północnych Włoszech, skąd zamierzaliśmy wbić się w masyw. Choć od wschodu Monte Rosa opada dwukilometrową ścianą, to jednak natura pozostawiła furtkę do łatwiejszego zdobycia masywu w postaci dość łagodnie opadającego na południe lodowca Lys. Tym prostszym wariantem postanowiliśmy dotrzeć do serca masywu.

Nie zamierzaliśmy tracić czasu na chodzenie po lesie, bo to moglibyśmy robić bliżej domu, choćby w Beskidach. Dlatego skorzystaliśmy z kolejki linowej, która wywiozła nas do Punta Indren na wysokość 3260 m. Za przyjemność tą zapłaciliśmy po 26 euro za osobę w obie strony, a bilet daje możliwość zjechania w dół kolejką po kilku dniach. Dzięki temu omijając zatłoczone schronisko Gnifetti 3647 m leżące na skalnej ostrodze na granicy lodowca Lys, dotarliśmy jeszcze tego samego dnia do schronu na szczycie Balmenhorn. Niestety z kolejki najwcześniej można rozpocząć wspinaczkę o godzinie 9 rano, co utrudnia pokonanie lodowca. Zwłaszcza w ciepłe, słoneczne dni z każdą godziną warunki na lodowcu stają się coraz gorsze. Zapadają się śnieżne mostki, po których wcześnie rano bez problemu można przejść nad szczeliną. Sytuacja ta zmusiła nas do uciążliwego kluczenia w labiryncie szczelin, a co gorsza musieliśmy podjąć większe ryzyko, że ktoś z nas może zanurkować w szczelinie. W południe mimo prawie czterech tysięcy metrów zapadaliśmy się w rozmiękłym śniegu prawie po kolana. Do schronu dotarliśmy dopiero po 6 godzinach, podczas gdy wychodząc wczesnym rankiem drogę tą można pokonać w 4 godziny. Mimo wszystko nie było to dla nas zaskoczeniem, bo spodziewaliśmy się takich, a nie innych warunków. Ważne dla nas było, aby noc spędzić ponad 500 metrów wyżej niż położone jest schronisko Gnifetti.

Ranek przywitał nas niewielkimi chmurami, które przeplatały się z błękitem nieba, a gdy ze skał zeszliśmy na lodowiec, w dole przeszła burza strasząc piorunami. Mimo wszystko nie było to jeszcze załamanie pogody. O wschodzie słońca byliśmy już na przełęczy, z której ruszyliśmy na Ludwigshohe 4341 m. Łatwa śnieżna grań wyprowadziła nas na szczyt, z którego największe wrażenie robi widok na zachodnią grań sąsiedniej góry o ponurej sławie czyli Liskamm. Nawisy śnieżne, które nakładają się na długą, wąską grań tej góry pochłonęły sporo ofiar urywając się pod rakami wspinaczy. Liskamm ma przydomek nadany przez alpinistów - ludożerca. Natomiast w głębi po prawej stronie od Liskamma widać było jak na dłoni znaną chyba wszystkim sylwetkę najpiękniejszej góry Europy jaką jest Matterhorn.

Z Ludwigshohe ruszyliśmy w kierunku kolejnego szczytu masywu Monte Rosa. Poranna wspinaczka na Parrotspitze 4436 m dostarczyła nam sporo przyjemności, ponieważ lodowiec po nocy był mocno zmrożony. Zaraz po przekroczeniu szczeliny weszliśmy na ostrze grani, pokonując około 20 metrową ściankę lodową o nachyleniu do 60 stopni. Powoli wznosząc się do góry szliśmy w stronę szczytu śnieżnym grzebieniem, mając po obu stronach grani znaczną ekspozycję. Z lewej strony zerkaliśmy na kolejny nasz cel, jakim był szczyt Signalkuppe, na którego wierzchołku znajduje się najwyżej położone w Europie schronisko Margherita 4556 m. Natomiast z prawej strony widzieliśmy Ludwigshohe, na którym stanęliśmy z samego rana, a tuż za nim wychylał się nieco niższy Corno Nero 4322 m. Wierzchołek Parrotspitze udało nam się osiągnąć tuż przed nadejściem chmur, które wypełzły z dolin. Gdy zeszliśmy na przełęcz Seserjoch, Parrotspitze jak i pozostałe pobliskie szczyty były już w objęciach gęstniejących chmur.

Rozpoczęliśmy podejście do schroniska Margherita. Pogarszająca się widoczność nie ułatwiała nam omijania szczelin. Ślady pozostawione przez poprzedników dość często doprowadzały na ich krawędź, w miejsca gdzie jeszcze parę godzin temu dało się przejść. Niestety popołudniem musieliśmy sami klucząc wśród szczelin odnajdywać drogę. Wreszcie doszliśmy w okolice kopuły szczytowej Signalkuppe. Dość stromym trawersem weszliśmy na wierzchołek. W padającym śniegu ujrzeliśmy najwyżej w Europie położone schronisko. Resztę dnia mogliśmy spędzić jedząc, pijąc i odpoczywając.

Schronisko Margherita jest jednym z najdroższych w Alpach. Nocleg kosztuje 29 euro, a ze zniżką członkowską 16 euro. W środku panuje tłok i zgiełk. Ceny jedzenia są dość wygórowane jak dla przeciętnie zarabiającego Polaka. Jednak biorąc pod uwagę, że jest to najwyżej położone w Europie schronisko, do którego zaopatrzenie dostarczane jest wyłacznie przez śmigłowiec, nie można się temu zbytnio dziwić. Śpiący z nami w pokoju młody Włoch źle znosił noc na tak dużej wysokości i to sprawiło, że nie spałem dobrze, będąc co chwila wybudzany. Marta kupiła na kolację od obsługi wrzątek, który w ramach oszczędności gazu nie był wrzątkiem, lecz podgrzaną wodą. Chińska zupka zmieszana ze stopionym, nieprzegotowanym śniegiem została przez nią w nocy zwrócona. W nocy wychodząc do toalety zobaczyłem przez okno, że śnieg wciąż pada. Nic nie zapowiadało, że następnego dnia będzie dobrze.

Zaraz po świcie zaświeciło słońce. Marta na siłę zjadła parę chrupkich chlebków z serkiem topionym i na szczęście poczuła się lepiej. Nie tracąc czasu ruszyliśmy w stronę pobliskiego szczytu Zumsteinspitze 4563 m. Niestety za naszymi plecami zbierały się chmury. Widać było, że w dolinach po włoskiej stronie zbiera się na burzę. Mimo wszystko parliśmy do góry i na wierzchołku Zumsteinspitze stanęliśmy jeszcze w słonecznej pogodzie. Dopiero z tego szczytu masywu Monte Rosa udało się nam zobaczyć wcześniej niewidoczne potężne szczyty Alp, w tym Mont Blanc. Niestety równie dobrze widać było na horyzoncie nadchodzące załamanie pogody i dlatego podjęliśmy decyzję o odwrocie z masywu. Po paru godzinach do kolejki dotarliśmy już w padającym deszczu. Wieczorem na uroczo położonym campingu w Alagnie szalała burza, a my popijając wino postanowiliśmy, że wrócimy tu jeszcze, by zmierzyć się z innymi okolicznymi szczytami, na które teraz zabrakło nam dobrej pogody.

Robert Remisz



www.albumwypraw.waw.pl