WEISSMIES
Dotarliśmy razem z Martą do miejscowości Saas Grund z zamiarem wejścia na najwyższy - w bocznym łańcuchu otaczającym od wschodu dolinę Saastal - szczyt Weissmies 4023 m. Rozważaliśmy wejście jedną z dwóch najłatwiejszych dróg, które prowadzą na szczyt, natomiast zejście drugą. Planowaliśmy, że drogą, która prowadzi z południa przez schronisko Almagellerhutte wejdziemy na szczyt. Mielibyśmy wtedy do czynienia ze wspinaczką skalną na grani z licznymi, ale krótkimi wyciągami o trudnościach II. Natomiast ze szczytu zeszlibyśmy najczęściej używaną zwłaszcza przez przewodników drogą, wiodącą od północnego zachodu przez lodowiec Trift, na której nie ma trudności skalnych, natomiast trzeba pokonać uszczelniony lodowiec i przejść pod barierami wiszących seraków. W zejściu planowaliśmy z wysokości 3100 m zjechać kolejką do samego Saas Grund.
Niestety nasze plany zweryfikowała pogoda. Prognozy zapowiadały załamanie pogody w przeciągu 24 godzin. W tej sytuacji pozostawał nam ranek oraz wczesne południe na uporanie się ze szczytem. Nie pozostawało nam nic innego jak zmiana naszego planu i przy wykorzystaniu kolejki wejście na Weissmies i z zejście tego samego dnia.
Wjazd kolejką do stacji, a zarazem schroniska Hochsaas, kosztował nas 35 franków. Podobnie zapłacić trzeba za nocleg w jednym z trzech schronisk, które ułatwiają zdobycie szczytu. Dwa inne schroniska to: Weissmieshutte 2726 m oraz od południa Almagellerhutte 2894 m, w których ze zniżkami klubów alpejskich jest prawie połowę taniej. Jadąc kolejką podziwialiśmy widoki na przeciwną stronę doliny z masywem Mischabel. Najwyższy szczyt tej grupy, a zarazem Szwajcarii - Dom 4545 m, z tej strony prezentował się okazale. Patrząc w górę obserwowaliśmy najpierw hale, a potem wysokie stoki moreny lodowca Trift. Skalna ściana drugiego czterotysięcznika w tej grupie, jakim jest Lagginhorn 4010 m, robiła duże wrażenie. Jednak najbardziej nasz wzrok przyciągała śnieżna czapa w kopule szczytowej Weissmies. Niestety pogoda była niestabilna.
Prosto z kolejki ruszyliśmy w kierunku lodowca Trift, widocznego poniżej moreny, na której stoi stacja i schronisko. Przeszliśmy rumosz skalny i weszliśmy na popękany lodowiec. Związaliśmy się liną, założyliśmy raki i przywdzialiśmy cały niezbędny do poruszania się po lodowcu sprzęt. Ruszyliśmy płaskimi polami śnieżnymi kierując się w prawo w stronę północno - zachodniej flanki Weissmies. Ogromne wiszące seraki i lodowcowe szczeliny zmuszały do kluczenia między nimi w taki sposób, aby dojść do kotła u podnóża północno-zachodniego ramienia. Szliśmy mocno spękanym lodowcem często przekraczając szczeliny lub pokonując je po mostach śnieżnych. Po dojściu do kotła droga stała się bardziej stroma i skręciła w lewo, omijając w dwóch długich zakosach strefę spękanych seraków widocznych z prawej. Weszliśmy w najbardziej stromą część drogi. Przechodziliśmy po wątłym mostku śnieżnym wielką szczelinę i wspinaliśmy się lodowym uskokiem na mniej stromą część lodowca. Dalej idąc śnieżnym grzbietem doszliśmy do skałek na grani. Niepokoiła mnie pogoda, która dosłownie wisiała na włosku. Monte Rosa była zasnuta chmurami, a po wschodniej stronie grani szczytu Lagginhorn kłębiły się potężne chmury. To, że jeszcze nie doszło do załamania pogody w tym regionie, zawdzięczaliśmy silnie wiejącym wiatrom z zachodu. Dalsza droga wprowadziła nas w łatwy, ale za to z mozolnym podejściem śnieżną, szeroką granią teren. Po dojściu w pobliże zachodniego wierzchołka skręciliśmy w lewo i trawersując doszliśmy na lewy stok. Zaraz potem przekroczyliśmy długą szczelinę i wyszliśmy na grzbiet łączący oba wierzchołki. Później szliśmy dość równym odcinkiem grani z nawisami po prawej stronie. Walczyliśmy z czasem, by nie stanąć na szczycie w chmurach. W kopule szczytowej po stromym, zlodowaciałym śniegu wyszliśmy na śnieżny wierzchołek Weissmies. Dostaliśmy od góry kwadrans by nacieszyć się widokami, po czym w kopule szczytowej zadomowiły się na dobre chmury. Droga od kolejki na szczyt zajęła nam niecałe 4 godziny.
Schodziliśmy ze szczytu tą samą drogą. Pogoda siadała z każdą minutą, ale nasz odwrót był sprawny. Prawdopodobnie bez problemu byśmy zdążyli zejść przed pierwszym opadem śniegu, ale schodzący wcześniej przed nami czteroosobowy zespół w całości wpadł do pokaźnej szczeliny. Idący za tą grupą wspinacze zawiadomili ratowników. Gdy dotarliśmy do miejsca wypadku helikopter odtransportowywał właśnie dwóch nieszczęśników. Zmusiło to nas do obejścia miejsca wypadku i do kolejki dochodziliśmy w padającym lekko deszczu ze śniegiem. Cieszyliśmy się z wejścia w dobrym stylu na szczyt, ale wypadek, choć zupełnie obcych nam ludzi, popsuł nam trochę nastroje. Kiedy na dole w Saas Grund wysiadaliśmy z kolejki lało jak z cebra, a dolina zasnuta była chmurami. Niestety załamanie pogody pozbawiło nas możliwości zmierzenia się z kolejnym szczytem, ale z drugiej strony mobilizuje nas to do szybkiego powrotu w Alpy.
Weissmies to bardzo piękny i ciekawy, a zarazem nieco trudny czterotysięcznik, który daje przedsmak prawdziwej lodowej wspinaczki.
Robert Remisz

|