WILDSPITZE
Kilkudniowa wyprawa w Tyrol, której głównym celem było zmierzenie się z Wildspitze 3772 m, drugim co do wysokości szczytem Austrii, rozpoczęła się od analizy prognozy pogody. Decyzję o wyjeździe podjęliśmy, gdy tylko pojawiło się trzydniowe okienko pogodowe. Samochodem z Warszawy w 18 godzin dotarliśmy w dolinę Otztal do górskiej wioski Vent, skąd zamierzaliśmy klasyczną drogą wejść na Wildspitze.
Vent to urocza, tyrolska, mała miejscowość na końcu głęboko wciętej doliny i właśnie tu zostawiliśmy samochód, by jeszcze tego samego dnia ruszyć w góry. Podejście od parkingu do schroniska Breslauerhutte leżącego u stóp Wildspitze zajmuje 3 godziny, a jeżeli skorzysta się z wyciągu krzesełkowego za 6 euro, to szlak skraca się do niecałych dwóch godzin. Schronisko Breslauerhutte leży na wysokości 2840 m na południowo wschodnich zboczach Wildspitze. Grań ta rozdziela dwa opadające ze szczytu na południowy wschód lodowce: Mitterkarferner i Rofenkarferner. Tym pierwszym prowadzi klasyczna droga na szczyt, którą zamierzaliśmy wejść.
W Breslauerhutte znaleźliśmy się porą stosunkowo wczesną i dlatego postanowiłem, że warto ten fakt wykorzystać na szybkie wejście na pobliski szczyt Urkundkolm 3140 m. Podejście i zejście na lekko zajęło nam dosłownie godzinę, a mój wyprawowy partner Janusz mógł się cieszyć z wejścia na swój pierwszy trzytysięczny szczyt. Końcówkę dnia spędziliśmy w przytulnym schronisku Breslauerhutte, w którym nocleg kosztuje 14 euro, natomiast ze zniżką na kartę Alpenverein tylko 6 euro.
Następnego dnia tuż przed 6 rano ruszyliśmy na szczyt. Ścieżka prowadziła wyraźnie doliną Mitterkar, gdzie wiła się morenami lodowca mozolnie pnąc się w górę. Na wysokości około 3250 m skręciliśmy na północ tak, aby trafić do wylotu dość wyraźnego żlebu opadającego z przełęczy Mitterkarjoch. W górnej części doliny zalegał śnieg i przed wejściem w żleb poszczególne zespoły wiązały się liną, co my także uczyniliśmy. Kominem, którym wiodła dalsza droga wspinaliśmy się w mikście lodu ze skałą. Idąc z dołu łatwiej pokonać go trzymając się skał z prawej strony rynny, ponieważ na skale można znaleźć kilka punktów asekuracyjnych, które przydają się mniej wprawnym wspinaczom, a także są użyteczne w drodze powrotnej, by komfortowo zjechać rynną na linie. My wchodziliśmy środkiem komina, co pozwoliło nam wyprzedzić zespół idący dość wolno przed nami. Wiedziałem, że ważne jest, by ten komin pokonywać stosunkowo rano i w miarę możliwości szybko, gdyż w zamarzniętym kominie kamienie nie spadają tak często jak wtedy, gdy oświetli go popołudniowe słońce.
Kiedy pokonaliśmy grzebień skalny przełęczy Mitterkar, po jej drugiej stronie otworzył się widok na Taschachferner i całe otoczenie Pitztal. Chwilę odpoczęliśmy ciesząc oczy widokiem lodowych pól. Później zeszliśmy na lodowiec przekraczając szczelinę brzeżną. Trawersem zeszliśmy na wypłaszczenie, po czym wydeptaną ścieżką poprzedników ruszyliśmy w górę przekraczając kilka szczelin i kierując się na rozległą przełęcz pod szczytem.
Na szczyt wchodziliśmy południowo zachodnią granią. W kopule podszczytowej ostatni odcinek wymagał przejścia kilkunastu metrów w terenie skalnym, ale nie sprawił większych trudności. Wildspitze zdobyliśmy po 4 godzinach od wyjścia ze schroniska. Wkoło roztaczał się wspaniały widok na otaczające szczyty i pasma górskie, a na wierzchołku przy sporym krzyżu zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Staliśmy na najwyższej górze w Tyrolu, a wokół roztaczała się jedna z najatrakcyjniejszych panoram alpejskich w Tyrolu.
W zejściu staraliśmy się w miarę szybko dotrzeć do wspomnianego żlebu. Obawiałem się, że prażące słońce, które oświetlało już komin, uwolni samoistnie spadające kamienne lawinki. Nie myliłem się. Dzięki temu, że wprawnie zjechaliśmy w dół używając kotw, obyło się bez dostania w głowę przypadkowym kamieniem. Niestety przewodnik prowadzący dwóch klientów, który schodził nad nami spiesząc się i nie bacząc na nic, co chwila strącał z góry nieduże kamienie. Lotu ich szczęśliwie nie przecięliśmy i cali zeszliśmy w bezpieczny teren. Wyobrazić sobie jednak można, co w tym żlebie dzieje się, gdy schodzące zespoły się zakorkują.
Dwie godziny zajęło nam zejście ze szczytu Wildspitze do schroniska Breslauerhutte. Tam dopadło nas błogie lenistwo i po spałaszowaniu resztek jedzenia ruszyliśmy szlakiem do Vent. Schodząc czułem wielkie zadowolenie, że obrałem za cel ten szczyt. Wildspitze wart jest, by się na nim znaleźć, choćby ze względu na wspaniałą panoramę jaką z niego można ujrzeć, a droga klasyczna prowadząca na tą górę jest naprawdę piękna.
Robert Remisz
|