TREKKING KHUMBU


Khumbu Himal to rejon Himalajów położony na terenie Nepalu, na którego obszarze znajdują się trzy ośmiotysięczniki: Mount Everest, Lhotse i Cho Oyu, piękne sześciotysięczniki: Ama Dablam, Cholatse, Taboche i Lobuche oraz wybitne siedmiotysięczniki jak Pumo Ri czy Nuptse. Trekking Khumbu w tym rejonie to prawdziwa rozkosz dla miłośników gór, trzeba tylko czasem przymknąć oczy na rozpowszechniającą się w nepalskich wioskach i na szlakach komercję.

Nasz Trekking Khumbu zaczynamy na początku października. Z Katmandu lecimy do Lukli awionetką Yeti Airlines. Z Lukli idziemy na północ. Szlak ten od pokoleń przemierzają buddyjscy pielgrzymi, którzy podążają do klasztoru w Tengboche. Po drodze mijamy czorteny - przydrożne kapliczki pokryte drobnym pismem modlitwy. Niestety trafiamy na końcówkę monsunu w Himalajach, co sprawia, że pierwsze dwa dni idziemy w deszczu. Życie mieszkańców osad leżących na trasie trekkingu nastawione jest praktycznie wyłącznie na turystykę. Właściciele domów w napotkanych wioskach oferują noclegi i posiłki, a na każdym z tych domów widnieje napis lodge. Niesiemy swój namiot, karimaty i śpiwory, ale chcąc poznać bliżej Nepalczyków i ich zwyczaje często korzystamy z noclegów w ich domach. Pierwszego dnia, w padającym bez przerwy deszczu docieramy do Phakding i zatrzymujemy się w pierwszej napotkanej lodgi na nocleg. Zaskakuje nas cena noclegu - jedyne 100 rupii (5 zł) za pokoik dwuosobowy, oraz menu, w którym do wyboru jest kilkanaście potraw na bazie ryżu, makaronu lub ziemniaków, za kolejne około 100 rupii. Zasada jest taka, że tam gdzie się zatrzymujesz na nocleg, tam również możesz tanio zjeść, natomiast jeśli nie wykupuje się jedzenia, płaci się za nocleg podwójnie. W każdej lodgi, czyli górskim hoteliku przypominającym trochę nasze schroniska, są małe pokoiki oraz wspólne duże pomieszczenie z kozą pośrodku, gdzie można się ogrzać, posiedzieć, zamówić i skonsumować jedzenie, to również dobra okazja by porozmawiać z miejscowymi, a barierę językową naprawdę szybko można przełamać, wystarczy uśmiech, trochę angielskich słówek i dobrych chęci. Kuchnia nepalska jest naprawdę smaczna, szczególnie dla wegetarian, bardziej poszkodowani w górach są mięsożercy.

Kolejnego dnia, po pokrzepieniu się na śniadanie sherpa stew, czyli gęstą warzywną zupą, ruszamy do Namche Bazar. Jest to pięknie położona na ponad trzech tysiącach metrów miejscowość, którą zewsząd otaczają Himalaje. Trochę mniej pada i wstępuje w nas nadzieja na poprawę pogody. Szlak obfituje w budowle sakralne - stupy i czorteny, często mija się też murki zbudowane z kamieni modlitewnych. Miejsca o specjalnym znaczeniu religijnym obwieszone są kolorowymi flagami modlitewnymi. Idziemy głęboką doliną rzeki Dudh Koshi, przekraczając ją kilka razy zawieszonymi wysoko nad spienioną wodą wąskimi mostkami. Mijamy karawany jucznych jaków i porterów z olbrzymimi ładunkami niesionymi w koszach na plecach. Na szlaku jest wielu turystów, choć takich jak my - idących sami z plecakami, bez przewodników i tragarzy - zdecydowanie mniej od tych korzystających z pomocy Szerpów. Właściwie tylko Czesi, Słowacy i Polacy chodzą samodzielnie. Sześć godzin zajmuje nam dojście do centrum stolicy Szerpów - Namche Bazar, gdzie spędzamy dwie noce i robimy dzień odpoczynku potrzebnego na aklimatyzację, podczas którego zwiedzamy okolicę i fotografujemy.

Z Namche Bazar można ruszyć właściwie w dwóch kierunkach - dalej doliną Dudh Koshi do Gokyo lub doliną Imja Drengka do Gorak Shep. My ruszamy w kierunku Gokyo, by potem przejść przełęcz Cho La i zataczając pętlę w ciągu 10 dni wrócić do Namche Bazar. Z Namche Bazar ścieżka stale wznosi się, aż do miejsca Mon La na wysokości 3973 m. Mon La nie jest przełęczą tylko skalnym żebrem z dwoma stupami i logią. Stąd następuje około 500 metrowe zejście w dół do miejsca zwanego Phortse Tenga, potem ścieżka znowu pnie się w górę. Po całodziennym trekkingu docieramy do Dole, widząc po drodze po raz pierwszy piękną, wybitną górę Ama Dablam, a kolejnego dnia dochodzimy do Machhermo. Jesteśmy na wysokości 4450 m, już czujemy Himalaje pełną piersią, wyłaniają się przed nami coraz wyższe szczyty: sześciotysięczniki Arakamtse, Cholatse, Tawoche... Te dwa dni trekkingu wymagały bardzo dobrej kondycji. Mimo, że wznieśliśmy się o 1000 metrów, to pokonaliśmy różnicę wzniesień około 1700 metrów, ponieważ jak to zwykle w górach bywa, szlak biegnie często w dół, to znowu się wznosi.

Następnego dnia po obfitym śniadaniu, na które złożyły się: dhal bat, czyli ryż z ziemniakami i zielonymi warzywami, polany gęstym sosem z soczewicy oraz podawana w termosach herbata z mlekiem, ruszamy do Gokyo. Po drodze widzimy w końcu pierwszy ośmiotysięcznik: Cho Oyu, jak na dłoni mamy przed sobą jego wspaniałą południową ścianę. Gokyo jest osadą malowniczo położoną nad turkusowym jeziorem na wysokości 4750 m. Spędzamy tu dwie noce. Wczesnym rankiem wchodzimy w dwie godziny na widokowy szczyt Gokyo Ri o wysokości 5357 m, z którego przy słonecznej i bezchmurnej pogodzie podziwiamy panoramę Himalajów i fotografujemy. Widać stąd aż cztery ośmiotysięczniki: Cho Oyu, Mount Everest, Lhotse i na samym horyzoncie Makalu. Potęga gór, nie chce nam się schodzić ze szczytu.

Kolejnego dnia ruszamy przez lodowiec Ngozumba do Dragnak, małej wioski położonej na drodze na przełęcz Cho La. Mija pierwszy tydzień naszego Trekking Khumbu, zbliża się najtrudniejszy etap. Przejście przez przełęcz okazuje się trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Poszliśmy za bardzo na północ, w kierunku przełęczy Kangchung La, osiągając wysokość 5600 m. Kiedy się zorientowaliśmy, było już za późno na powrót pod Cho La. Nagle rozpętała się burza śnieżna i zdecydowaliśmy się na biwak nad małym jeziorkiem, na wysokości 5350 m. Generalnie szlak, po którym się poruszaliśmy, był do tej pory cały czas dobrze widoczny, gdyż wiódł przez kolejne wioski, pomiędzy którymi bez przerwy poruszają się miejscowi z karawanami jaków. Ale już szlak wiodący przez przełęcz Cho La jest rzadziej uczęszczany, miejscami gubi się wśród skał i piargów, dlatego przeszliśmy nieopatrznie jego skręt w kierunku przełęczy. Nie żałujemy jednak, że tak się stało, wręcz przeciwnie. W nocy pod namiot podchodzi jakieś zwierzę, wyraźnie słyszymy jego ruchy, a Marta przez długą chwilę czuje, jak przysiada tuż obok niej po drugiej stronie namiotu czując najwyraźniej ciepło płynące z wewnątrz. A może to Yeti? - mimowolnie przez krótką chwilę nasuwa się irracjonalna myśl. Rano budzimy się leniwie, namiot przysypany jest świeżą warstwą śniegu i wokół niego nie widać żadnych śladów. Czekamy trochę na słońce i około godziny 10-tej ruszamy w kierunku Cho La na wysokość 5425 m. Po godzinie docieramy do miejsca, z którego rozpoczyna się podejście na przełęcz, by po kolejnych dwóch godzinach na niej stanąć. Psuje się pogoda, mimo tego robimy pamiątkową fotę i po krótkim odpoczynku zaczynamy schodzić na drugą stronę do wioski Dzonglha położonej na 4900 m, gdzie nocujemy. Ten nocleg często wspominamy. W jedynej w tej wiosce lodgi było tłoczno, zorganizowani turyści pozajmowali wcześniej wszystkie pokoiki, na zewnątrz była zadymka zniechęcająca do rozbicia namiotu, więc spaliśmy w jadalni. Gdy już wygodnie rozłożyliśmy się w śpiworach, Szerpowie, którzy obsługiwali zorganizowane grupy turystów dopiero zaczęli przygotowywać swój posiłek. Mieliśmy okazję trochę ich podpatrywać i śmialiśmy się razem z nimi z ich żartów, których oczywiście nie rozumieliśmy, ale słowa właściwie nie były potrzebne. To naprawdę bardzo radośni, ciepli i serdeczni ludzie, nie mają łatwego życia, ale najwyraźniej te codzienne dźwiganie ciężarów im nie przeszkadza, by pozostawać uśmiechniętym. Tego się można od nich uczyć.

Nocą zaczyna padać śnieg i pada przez cały następny dzień. Z Dzonglhi docieramy tylko do osady Tuglha. Dopiero kolejny dzień przynosi poprawę pogody, znowu pojawiają się piękne widoki na Mount Everest, Lhotse i Ama Dablam. Z lepszymi humorami, po zjedzeniu na śniadanie smażonego ryżu z warzywami i żółtym serem, co chwila przystając na zdjęcia, idziemy w kierunku Pangboche. Słońce nas rozleniwia, zatrzymujemy się przy strumieniu i gotujemy herbatę oraz zupki chińskie przywiezione z Polski. Dopiero na miejscu okazało się, że nie ma potrzeby zabierania ze sobą na ten trekking dużych ilości jedzenia. Trasę można tak ułożyć, że każdego dnia dochodzi się do jakiejś wioski, gdzie bez problemu można przenocować i zjeść. Wieczorem podziwiamy zachód słońca, które pomarańczową poświatą otula Górę Gór i sąsiadującą z nią olbrzymią południową ścianę Lhotse. Widok jest dokładnie taki, jaki często ogląda się w albumach, pomarańczowe światło spowija skały. Spektakl trwa zaledwie 10 minut i niestety szybko robi się ciemno. Następnego dnia w drodze do Tengboche przeżywamy chwile grozy. Na wąskim wiszącym mostku rusza na Martę i na mnie z przeciwnej strony spłoszony jak. Mało brakuje, by nas stratował, na szczęście udaje się uniknąć jego rogów, zwierzę mija nas wściekle rozpędzone, choć od jego uderzenia mamy zgięty jeden kijek i jesteśmy trochę poturbowani. Po godzinie, idąc przez las rododendronowy, docieramy do klasztoru buddyjskiego w Tengboche, z którego nadal pięknie widać Everest, Lhotse, Nuptse, Ama Dablam... Z Tengboche kierujemy się do Namche Bazar, schodząc najpierw około 400 metrów w dolinę rzeki, a później podchodząc jej przeciwległym zboczem. Wieczorem dochodzimy do stolicy Szerpów, zamykając pętlę po Khumbu Himal. Gorący prysznic i łóżko z pościelą po dwóch tygodniach trekkingu jest czystą rozkoszą.

Pozostałe dwa krótkie, już nam znane etapy szlaku powrotnego do miejscowości Lukla, pokonujemy dość szybko. Dwa dni później wieczorem jesteśmy już w Katmandu. Zatrzymujemy się w tym samym hotelu, w którym nocowaliśmy po przylocie z Polski. Boy hotelowy z uśmiechem na twarzy wita nas magicznym słowem - namaste, które w Nepalu oznacza zarówno "dzień dobry", jak i "do widzenia", więc słyszymy je każdego razu, gdy wychodzimy z hotelu i do niego wracamy. Spędzamy w Katmandu kolejne trzy dni zwiedzając Durbar Square, świątynię Swoyambhunat oraz miasto Patan. Wieczorami wałęsamy się po dzielnicy Thamel, przesiadujemy w knajpkach pijąc piwo o nazwie Everest oczywiście, wpadamy w szał zakupów, fotografujemy, smakujemy atmosferę, bo klimat na Thamelu jest dokładnie taki, jak głosi hasło:
T o
H omely
A tmosphere
M ore
E njoyable
L iving

Robert Remisz